Tuki

Z ArkadiaWiki
Skocz do: nawigacja, szukaj

Tuki Anvareth, elf. Niezwykle barwna i kontrowersyjna postać. Elf z Gór Sinych, Komandos, oficer Najemników. Wzbudzał skrajne emocje. Jest bohaterem wielu ciekawych historyjek i anegdot.

Z pamiętnika oficera

Kronika wojny z Zakonem stworzona przez porucznika Tukiego:

Z pamietnika oficera

W Kompanii nastroje bojowe, kontrakt na ukonczeniu. Bilans strat i zyskow daje powody do zadowolenia. Gorzej z dyscyplina, stare wygi czuja w kosciach, ze zaczynamy rozgladac sie za nowym kontraktem. Zoltodzioby zdazyly juz przesiaknac ta atmosfera, troche szkolen i beda z powodzeniem mogli zastapic tych ktorzy odeszli...


Dzien 0.

Ciemny Staw.

Doszlo do utarczki z rycerstwem. Dyplomacja skonczyla sie na obuchach mlotow. Bywa. Rozkazy byly jasne, jesli dojdzie do walki bedziemy sie bronic. Rycerstwo o tym wiedzialo. Cywila, ktory wzial udzial w walce po ich stronie polecilismy pochowac miejscowemu grabarzowi. I znowu papierowa robota. Dobrze, ze po tylu latach raporty wychodza mi juz odruchowo.


Dzien 1.

Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Kurier to jednak ciezki kawalek chleba. Od kilku dni nie maja chwili wytchnienia. Spia w biegu, jedza w biegu. Wymiana listow trwa. W przerwach narad sztabowych wojsko otrzymuje kolejne rozkazy. Nowa walka wisi w powietrzu. Przybyl meldunek. W Tilei oddzialy rogaczy. Szybka mobilizacja i wymarsz.

I po walce. Roznieslim ich na drzewcach. Kolejne zloto na rachunek Kompanii. Kapitan szykuje zestawienie. Lacznie z tymi wychodzi piec i pol tysiaca w zlocie za ostatnie lata.

Ostatnie listy do rycerstwa poczly. Stanowisko Kompanii jest twarde i jednoznaczne. I dobrze.

Siedze w sztabie z nudow analizujac po raz senty mape. Na schodach tumult. To lacznicy. Meldunki o kolumnie rycerstwa zdarzajacej z Nuln na poludnie. Zarzadzilem ogloszenie gotowosci bojowej. Wiekszosc zolnierzy stoi gotowa w rynsztunku. Ci niedawno wrocili z patrolu. Reszta niespiesznie, zaspana wytacza sie z barakow. Jednego poslalem na zwiad. Zobaczymy czego chce rycerstwo. Z reszta obejmuje posterunek na bramie.


A jednak starcie. Ledwom dowlokl sie do garnizonu. Glowe musi mi opatrzyc medyk, chwila wytchnienia. Oglosilem alarm, wojsko zbierajace sie do tej pory opieszale zrywa sie z przycz. A d'yaebl aep arse! To tyle z tych pieciu i pol tysiaca w zlocie. Mus bedzie wziac to sobie sila.


Dzien ten sam. Pozny wieczor.

No to wrocilismy z tarcza. Pogruchotalim im jednego. Predko mlota na zolnierzy nie uniesie. Straty wlasne: brak. Wojsko wycienczone i zadowolone po krotki apelu poszlo urznac sie w trupa i pospalo sie gdzie kto stal. Jutro beda mieli ciezki dzien.


Dzien 2.

Jak patrze na zolnierzy, to az mi ich zal. Przekrwione oczy, medykowi skonczyly sie ziola na bol glowy. Maja nauczke. Pic to trzeba umiec. Na efekty nie trzeba bylo dlugo czekac. Pogruchotali nam dwoch. Medyk wlasnie ich sklada. Troche ziol, troche magii i beda jak nowonarodzeni. Prawie. Raporty donosza ze w nocy wyrznieto straze. Coz. Rycerstwo wzielo odwet, za tych dwoch na posterunku przed zamkiem. Szkoda tylko, ze wzielo go na zolnierzach z rezerw, oddelegowanych do ochrony garnizonu. Dawno mowilismy pulkownikowi, ze w tych oddzialach powinni sluzyc zolnierze, a nie emeryci. I znowu musze ogladac w garnizonie tego przekletego grabarza. Dorobil sie niezlych pieniedzy na kontrakcie z nami. Dobrze, ze to Kapitan musi szykowac listy do rodzin zabitych.

Lapie ostatnie godziny snu... Dzien sie jeszcze nie skonczyl...

Dzien 2. Pozny wieczor.

Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Kolejny tuzin z kawalkiem w piach. Niech ten cholerny grabarz zejdzie mi z oczu, bo mnie szlag jasny trafi jak slucham o upustach jakie mi daje. Niedlugo na cmentarzu zabraknie miejsca i mus bedzie pod murami garnizonu cmentarz budowac. Kapitanowi poradzilem, zeby zlecil rekrutom przepisanie kilkaset razy formularzy powiadamiajacych o zgonie. Dobrze ze przynajmniej Kompania nie placi odszkodowan. Bobysmy musieli sie najmowac do ochrony przekupek na targu, zeby splacic wszystkie te rodziny. Na szczescie odpowiedz jest jedna: Taki fach...

Wrocily patrole. W okolicy spokoj. Odzyskalismy czesc ekwipunku. Coz. Szabrownik to niebezpieczny zawod. Za tego nie zaplacilismy. Pochowano go na koszt miasteczka. Nastroje bez zmian. Wojsko na zmiane cwiczy i pucuje ekwipunek. Kulke medyk poslkadal. Wrocil mu nawet apetyt. Znow je za caly pluton. Gorzej z sierzantem. Ale konowal zapewnil, ze doprowadzi go do stanu ogolnej uzywalnosci. Dobrze. Nie mozemy tracic w taki sposob zolnierzy. Na krew przyjdzie jeszcze pora.

Zapowiada sie spokojna noc...

Dzien 3.

Sudenland, trakt do Averlandu.

Wymarsz. Ruszamy zwarta kolumna na polnoc. Rutynowy patrol. Senna okolica, z szeregow docieraja niewybredne zarty. Tetent koni. Kurier. Rycerstwo ruszylo! Meldunek jest krotki i niekompletny. Nie ma czasu na rozpoznanie. Zarzadzam odwrot.


Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa

Pelna gotowosc. Jak patrze na tych chlopakow to mi serce rosnie. Stare wygi ze spokojem dobywaja broni. Mlodzi nerwowo przebieraja palcami. Czuja walke. Ani jednego zbednego gestu, ani jednego zbednego slowa. Sa! Zajmujemy posterunek.

Chwila oddechu. Dopadlim jednego! bez ducha wyciagneli go za soba. Bede musial pozniej temu krasnoludowi zlozyc gratulacje. Przeszedl chrzest bojowy i to z pieknym wynikiem! Wracamy na posterunek. Polowa oddzialu ochrony lezy.

To nie beda lekkie walki. Garnizon stracony. Cofneli sie. Ruszamy do kontrnatarcia. Starcie. Mistrz Zakonu lamie szyk rycerstwa wycofujac sie w panice. Z gardel zolnierzy wydobyl sie donosny ryk zwyciestwa.

Garnizon plonie, wycofuje zolnierzy do miasta. Chwila odpoczynku, opatrzenie ran. Wracamy do garnizonu! Sprobujemy go odbic. Uderzamy! Lzej ranni wyciagaja ciezej rannych z pola walki. Tak nie wiele brakowalo. Dwoch naszych pada pod gradem ciosow. Wyciagamy ich. Jeden z mojego plutonu.

Odwrot. Dzis dosc krwi sie polalo. Zbieramy po drodze tych co uszli z pola. Niektorzy wygladaja tragicznie. Wgniecione pancerze, polamane drzewce... Ogien w oczach. Wiedza, ze to nie koniec walk. Wojna jest brutalna.


Bretonia, oboz tymczasowy Czarnego Gryfa.

Odpoczynek. Zolnierze zmeczeni forsownym marszem, z trudem zdejmuja zbroje. Wiekszosc ciezej badz lzej ranna. Jak dobrze, ze mamy uzdrowicieli. Wyliza sie. Musza.


Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Wyznaczone druzyny porzadkuja zgliszcza. Do polnocy nie bedzie ani znaku po tym co tu zaszlo. Zajrzalem do rannych. Bladzi jak plotno. Obaj. Ten z Dies wyglada gorzej. Z ramienia zostala miazga, uzdrowiciele na zmiane nad nim "pracuja". Niedobrze. Da rade utrzymac drzewca. Za kilka dni wroci do walki. Dziekuje uzdrowicielowi za te slowa. Zagladam do swojego. Czarna z przeblyskami siwizny broda posklejana jest zaschnieta krwia. Na glowie opatrunek, niczym turban z Arabii. Dalem rade poruczniku. Dales. Usmiech... troche wymuszony. I o malo nie straciles zycia - dodalem w myslach. Wyzyje. Zostanie blizna. Krasnoludow byle co nie ruszy. Niewielu mlodych zolnierzy moze sie tym poszczycic.


Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa, kwatery oficerskie.

Odrzucam pogieta tarcze w kat. Nie mam sily zdjac kolczugi. Dobrze ze mam pod nia gruba przeszywanice. Na broni kolejne szczerby. Rono bedzie musial sie nia zajac. Padam na lozko, tak jak stoje. Potrzebuje choc kilku godzin odpoczynku... A to dopiero poczatek starc...

Dzien 4.

Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Poranek.

Zbudzil mnie zgielk. Gong obwieszczal alarm dla garnizonu. Zlapalem ta sama pogieta tarcze, ktora poprzedniego dnia rzucilem w kat i nie dbajac o reszte wyposazenia wypadlem zewnatrz. Na placu dwoch krasnoludow zalanych krwia. Zakonni. W biegu zlapalem pierwszych dwoch ktorzy nawineli mi sie pod reke Rozkazalem ruszac za soba. Trojka. A ja bez sniadania. Odrzucilismy ich od garnizonu. Walki przeniosly sie na uliczki Weilerbergu. Krasnolud o posturze byka, malo nie scial glowy rekrutowi, obracajac drzewcem z dzika furia. Po chwili walka byla skonczona. Zakonni w odwrocie. Zatrzymalem poscig na rogatkach Kreutzhoffen. Wracamy na garnizon. Jestem glodny i zly.


Popoludnie.

Nienaturalny spokoj. Wojsko wraca do rutynowych zajec. Rutynowych z pozoru. Czujni i gotowi z marszu isc w boj zolnierze bez zbednych slow wykonuja swoje zadania. Wrocily duzyny bliskiego zwiadu. Zarzadzam mobilizacje. Ruszamy na daleki patrol.


Averland, pod murami fortecy zakonnej.

Wojsko stoi w zwartym szyku. Zwiadowcy nie zaobserwowali ruchow rycerstwa. Pora na pobudke. Uderzamy na posterunek przy moscie. Kilkanascie beltow wylecialo w naszym kierunku. Na zamku slychac nawolywania. Wy mi sniadania, ja wam obiadu. Nawolywania ucichly. Rycerstwo nie zdecydowalo sie na przyjecie walki. Kilkakrotne uderzenia, nie przyniosly spodziewanego efektu Calosc walk bez strat. No chyba, ze wliczac ponabijane beltami tarcze. Przez chwile dostrzeglismy dowodce gwardii. Ocenial straty. A niech liczy. Poslalem swojego na zwiad. Przyniosl kilka ciekawych informacji. I ramie przebite beltem na wylot. Trudno. Bedzie musial zrezygnowac z silowania sie na reke w kantynie przez kilka dni. Zarzadzam wymarsz. I znow zolnierska rutyna. Zolnierze wracaja z patrolu zdrowo zmeczeni. Musze zlapac chwile snu. Wojsko ma chwile oddechu... Przyda sie...

Dzien 5.


Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa

Ten dzien zaczal sie zupelnie inaczej niz sie skonczyl. Zolnierze korzystaja z tych rzadkich chwil odpoczynku. Na nogach zostaly tylko oddzialy pelniace patrole. Do garnizonu zaczela wdzeirac sie monotonia, zupelnie jakby wojna odsunela sie o kilkaset mil dalej. Zludzenie...

Gong przypomnial wojsku, ze wojna trwa nadal. Oddzial zakonnych wspierany przez krasnoludy z czubami na glowach uderzyl na brame. Zorganizowana napredce, przez jednego z oficerow, obrona nie zatrzymala przeciwnikow. Pierwsza brama legla... Formacja zakonnych wycofala sie.


Tilea.

Informacja o ataku dotarla do nas podczas rutynowego patrolu. Natychmiast kazalem wyznaczyc marszrute na garnizon.


Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa

Gdy dotarlismy, grabarz wlasnie inkasowal gotowke, za kolejne pochowki. Szybkie przezbrojenie oddzialu i decyzja. Kontratak. Ruszylismy ku twierdzy zakonnej.


Averland, pod murami fortecy zakonnej.

Z marszu uderzamy na posterunek przy moscie. Grad ciosow, swist beltow wokol nas. Gwardzisci po krotkim starciu padaja martwi. Cofamy sie kawalek ustawiajac zwarte linie gotowe do przyjecia kontr-uderzenia. Rycerstwu niespieszno... spokojnie formuje szyki. W tym czasie sluzebni porzadkuja przedpole. Jeden kazal oddac sobie szyszak poleglego gwardzisty, ktory jeden z zolnierzy zabral na pamiatke. Zdziwieni oddalismy. Uderzenie. Kilkakrotne starcia nie przynosza rozwiazania. Zmiana rozkazow. Uderzamy w lewa flanke szyku rycerstwa. Tam gdzie krocza krasnoludy z czubami na glowach. Zgielk bitwy. Krasnoludy z czubami w slepej furii tna powietrze toporami. Glowe kladzie glownodowodzacy formacja rycerstwa. Chwile po nim pod gradem ciosow padaja oba krasnoludy. Zwyciestwo. Ostatni z szyku zakonnych wycofuje sie pokrwawiony na zamek. Zgielk bitwy budzi kolejnych mieszkancow zamku.

Chwila na zlapanie oddechu. Chlodna woda z manierek, kilka kesow chleba i znow stoimy gotowi.

Uderzenie. Szykowi zakonnych przewodzi dowodca gwardii. Starcie. Jedno... drugie... Sa ranni po obu stronach. Uzdrowiciele z ledwoscia nadazaja opatrywac rany w krotkich przerwach pomiedzy starciami. Kolejne uderzenie. Szyk wojsk najemnych peka, zalany krwia oficer wycofuje sie z pola bitwy. Przez powstala wyrwe rusza rycerstwo. Natychmiastowy zwrot szyku. Ruszamy ochronic oficera. Po drodze pod gradem ciosow pada na ziemie dyszacy ciezko krasnolud w gwardyjskiej tunice. Przybywamy za pozno. Zyje, ale oddech ma plytki i nieregularny. Rozkazuje sklecic nosze. Koniec starc. Nie mozemy stracic oficera. Kolumna wojsk najemnych rusza forsownym marszem na garnizon. Tam oddajemy go pod opieke uzdrowicieli. Ocknal sie. Bylo warto. Po tych slowach zemdlal. Owszem. Bylo warto. A krew sie zmyje. Taki fach... Urlop.

Zgruchotany nadgarstek. Polamane zebra. Slowa medyka jak wyrok: Nie wezmiesz wiecej miecza do reki. A to mial byc rutynowy patrol. Decyzja jedna: Urlop. Wyjazd w Gory. Jedyna nadzieja w magii Wiedzacego. Zostawiam sterte podpisanych rozkazow. Lepsze kilka dni przerw niz mialbym zostawic wojsko w takich chwilach.

Gory Sine, Caer Deithwen.

Magia dziala. Powoli cwicze fechtunek. Z garnizonu dochodza nieregularne meldunki. Wojsku puszczaja nerwy. Utarczka w gorach. Krasnolud w mojego plutonu ciezko pogruchotany.


Dzien 10.

Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Powrot. W garnizonie wrze. Nie mam czasu na rozeznanie sie w sytuacji. Chwytam co mi pod reke wpadnie i jestem gotow. Obietnica, ze bede sie oszczedzal poszla w kat. Zakonni watpia w swoje sily. Sciagneli na pomoc armie zza morza. Ledwo zolnierze zdazyli uporzadkowac garnizon po ataku obu polaczonych armii. Gong oglasza alarm dla garnizonu. Kolejny atak. Stajemy do walki z garsta tych, co sa w stanie utrzymac bron. Zgielk walki. Pluton oddelegowany do ochrony garnizonu pada pod ciosami toporow. Krotkie starcie. Rozkaz odwrotu. Wsrod okrzykow "Za Jarla" pada krasnolud o brodzie jak smola. Dwoch zolnierzy chwyta go pod ramiona i wyciaga z pola walki. Szyk sie zalamuje. Z wiekszoscia wycofuje sie. Mamy rannych. Garnizon plonie. To juz koniec walk. Na dzisiaj...

Oboz polowy Czarnego Gryfa.

Opatrujemy rannych. Wyglada to zle. Ale wytrzymaja. Przez ostatnie dnie przeszli wiecej niz od poczatku sluzby. Wojna odbija sie szerokim echem w calym swiecie. Zolnierze nic sobie nie robia z tego, ze szyki rycerstwa wspiera armia Branna. Prowizoryczny maszt, na nim lopocze wyplowialy od slonca i deszczu, nadpalony w ostatnich walkach - sztandar Kompanii. Jutro znow zalopocze nad garnizonem w Weilerbergu. Jutro i kazdego nastepnego dnia tej wojny...

Dzien 11.

Alarm za alarmem. Od samego switu po zmierzch.

Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa

Poranek.

Sztandar znow lopocze nad garnizonem. Gong. Wojska jarla w najlepsze hulaja po imperium. Nadchodzi pierwszy atak. Zolnierze padaja pod gradem ciosow. Nie ma czasu zajac sie rannymi.

Popoludnie.

Ataki nie ustaja. Oddzial ochrony garnizonu topnieje z minuty na minute. Zaczynamy odczuwac braki w zaopatrzeniu. Zbieram zolnierzy, ktorzy maja sily do walki. Wymarsz. Wojsku w garnizonie nakazuje uporzadkowac go. Lazaret gotow na przyjecie rannych.

Averland, pod murami fortecy zakonnej.

Starcie. Krotkie. Sa ranni, na szczescie moga isc o wlasnych silach. Wycofujemy sie. Podejmiemy ich na wlasnym terenie.

Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Wojsko stoi w szyku. Licho uzbrojone, ale gotowe do walki. Bywalo gorzej. Nad nami lopocze sztandar. Starcie... krotkie. Rycerstwo i jarlowi staraja sie wybadac nasze sily. Kolejne starcie. Rycerstwo z rozpedu uderza na brame. Sa pierwsi ranni. Odsylam ich do medyka. Z reszta wracam na posterunek. Kolejne uderzenie, impet odrzuca szyki najemnikow za brame. Pospiesznie zakladane opatrunki. Za pozno. Zdziesiatkowane oddzialy ochrony garnizonu nie potrafia zatrzymac impetu nacierajacych armii. Daje sygnal do odwrotu. To nie ma sensu. Garnizon staje sie pulapka.

Wypalone Ziemie, oboz polowy Czarnego Gryfa.

Zolnierze padaja ze zmeczenia po forsownym marszu. Zostaje z niewielka warta. Alarm. Odciagam szyki rycerstwa i jarlowych od obozu. Choc tyle mozemy zrobic. W piersiach brakuje tchu. Padam ze zmeczenia.

Wieczor.

Zbieram wojsko. Niewielu udalo sie odpoczac po trudach dnia. Kolejny atak. Przechodzimy do walki szarpanej. Kilka celnie zadanych ciosow, tak niewiele brakowalo. Odwrot. Odpoczynek. I znowu. Uderzamy na tymczasowe posterunki wroga. I znow brakuje nam szczescia. Stosunek sil, cholernie niekorzystny. Niewazne. Oficer pierwszego plutonu jest tego samego zdania. Probujemy. Kolejna szybka wymiana ciosow. Jest nas zbyt malo. A jednak szczescie nam sprzyja. Rycerstwo z cala ta reszta zirytowane odpuszcza sobie dalsze walki. Z garstka zolnierzy wracamy do garnizonu. Tarcza peknieta wpol, na rece siniec. Ale wytrzymala. Bez namyslu odrzucam ja na sterte gruzu i zgliszcz. Zolnierze porzadkuja garnizon. Przynajmniej pobierznie. Przetrwalismy kolejny dzien. Nie tak latwo zlamac ducha najlepszej kompanii najemnej po tej stronie morza.

Dzien ktorys kolejny.

Redania.

Prowadze niewielki oddzial zwiadowczy. Zasadzka. Na zaskoczonych zolnierzy pada grad ciosow z mlotow i toporow. Oddzial zdziesiatkowany. Nielicznym udaje sie wycofac.

Wilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Smierc byla tak blisko. Zreszta... zawsze jest blisko. Taki fach... Tylko skad... przypadek czy zdrajca? Nie mamy czasu sie zastanawiac. W garnizonie tumult. Zolnierze pod bronia, od dawna nie widzialem tylu. Poprawdzie wiekszosc unikala sluzby ostatnio. Zrzucilismy to na karb przemeczenia. Niech odpoczna mowilismy. Wiadomosc przychodzi jak grom z jasnego nieba. Bunt! W garnizonie atmosfera gestnieje, patrze na twarze oficerow w sztabie. Zmeczone, wsciekle, zdziwione. Pelen wachlarz emocji. Musimy dzialac szybko. Pod drzwiami sztabu na warcie zolnierz z mojego plutonu. Decyzja zapada niemalze od reki. Jednoglosna. Bunt w czasie wojny jest zdrada. Wychodzimy do buntownikow. Zdzieramy prowodyrom chusty. Reszta dostaje szanse. Nie skorzystali. Rozwscieczeni ruszaja na nas z bronia. Zgielk walk, szczek broni... Nie mamy wyboru. W walce zdzieramy chusty pozostalym. Piaty... siodmy... dziesiaty... Mlodym sie nie dziwimy, dali sie porwac... Ale od weteranow wymagalismy wiecej... Ciemnosc. Oczy zalepione zakrzepla krwia, obok mnie blady jak plotno inny oficer. Gdzies, przez mgle i zaslony lazaretu dociera do nas zgielk wciaz trwajacych walk. Rozwscieczona tluszcza wyrzyna do nogi pozostalych przy zyciu zolnierzy i podoficerow garnizonowych. Wyjsc... stanac do walki za sztandar. Tym razem za wlasny sztandar... Cialo odmawia posluszenstwa.


Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Dzien ten sam, godzina pozniejsza.

Buntownikom wyraznie sie znudzilo. Nie baczac na zalecenia medykow wychodzimy rozejrzec sie. Wokol porozrzucany ekwipunek, poplamione krwia zbroje, ciala... niektore obdarte z chust. Bunt zebral krwaze zniwo, buntownicy trofea... Kilka potyczek z resztkami buntownikow. Udaje sie unormalizowac sytuacje - o ile wogole mozna o czyms takim powiedziec. Porzadkujemy garnizon. Gong. Alarm. Zakonni i armia jarla tym razem. Z garstka jaka pozostala po buncie stajemy do walki. Krotkiej walki. Grad ciosow, krew... Ciemnosc...


Dzien 14.

Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Garnizon doprowadzony do ladu. Apel. Zostala nas garstka. Wiernych przysiedze i sztandarowi. Wystarczy. Kompania byla dziesiatkowana nieraz i zawsze ponownie stawala na nogi. Nigdy przez bunt, ale czy teraz to ma jakiekolwiek znaczenie...? Z tych mysli wyrywa nas glos Kapitana. Spogladamy na niego. Zrozumial. Nie zdrajcow, a oczekiwania oficerow, ktorzy za niego byli gotowi wbrew reszcie oddac zycie, do konca wierni przysiedze. Ostatni salut. Otwieramy nowy rozdzial w historii Kompanii. Z nowym Kapitanem.

Dzien 18.

Weilerberg, garnizon Czarnego Gryfa.

Porzadkujemy ocalale akta. Dokumenty plutonow, raporty... Garnizon odbudowany, niemalym kosztem. Zgliszcza usuniete. Gdzieniegdzie jeszcze swad spalenizny przypomina ostatnie dni. Na tle blekitnego nieba znow szkarlatem odcina sie sztandar Kompanii. A wojna...? Po krotkim zawieszeniu broni trwa nadal. To ona zapisze pierwsze karty w nowym rozdziale.