Esseamos ichaer aen esse tedd (książka)

Z ArkadiaWiki
Wersja z dnia 16:24, 13 lip 2008 autorstwa Thigrand (dyskusja | edycje)

(różn.) ← poprzednia wersja | przejdź do aktualnej wersji (różn.) | następna wersja → (różn.)
Skocz do: nawigacja, szukaj
                     **************************************
                *** KRONIKA II WOJNY Z WYSPIARZAMI, Tom 2. ***
                    ************************************** 


"N'ess a tearth. Mire a gleannas, a aarde, mir'te a feainne. Esseamos ichaer
aen ese tedd... Ess'creasa vorsaeke'llan aen Shaerrawedd."
  Aelirenn, trzeci dzien po spaleniu miasta.


 __ 
/-- 
\\   
_//zesnasty dzien pory Blathe.
--

        Popoludniowe slonce bezlitosnie smagalo spragniona wilgoci roslinnosc,
bezwietrzna pogoda sprawiala, ze las wokol traktu niemal zamarl bez zycia.
Ciemnowlosy mezczyzna pociagnal spory lyk ze skorzanej manierki, po czym dlonia
otarl spocone czolo. Przukucnal nad sennym, nieomal wyschnietym strumykiem
i napelnil buklaki zyciodajne woda. Nagle zesztywnial, a jego twarz zdradzala
napiecie. Lata spedzone w puszczy pozwolily mu rozroznic i wyizolowac
pojedyncze dzwieki, a zblizajacy sie oddzialek najwyrazniej nie probowal nawet
kryc swojej obecnosci, jakby nie spodziewajac sie nikogo w okolicy. Dh'oine
zaklal po cichu, gdyz zorientowal sie, ze nadchodzacy mimowolnie odetna go od
pozostawionego wsrod bujniejszej trawy konia. Drugie przeklenstwo bylo
szpetniejsze - zblizajacym sie oddzialem byl patrol wiewiorek. Mezczyzna
przemykajac sie w strone rumaka modlil sie w duchu by zaniepokojone zwierze nie
zdradzilo jego obecnosci. Po chwili jednak musial dopisac handlarza kradzionych
koni, ktory zachwalal walory siwka do listy osob ktore jak najszybciej powinny
opuscic ten swiat, gdyz ciche rzenie bylo jednakowoz wystarczajacym sygnalem
dla Scoia'tael. Elf i dwa krasnoludy momentalnie dobyly broni i tym razem
bezszelestnie skierowaly sie w strone zrodla halasu. Mezczyzna nie mial juz
wyboru, rzucil sie szalenczym biegiem w strone swojej ostatniej nadziei.
Przeciwnicy wsrod dzikiego hallakowania ruszyli by przeciac mu droge. Jeden
z krasnoludow klnac paskudnie potknal sie o wystajacy konar, drugi z nich
dopadl do czlowieka pierwszym ciosem jednorecznego topora bojowego kutego
w Mahakamie zerwal mu lewy naramiennik haraczac kosci barku, nie zdazyl jednak
poprawic drugim toporem, gdyz dh'oine stoczyl sie w dol malego parowu.
Mezczyzna stracil juz prawie nadzieje, lecz nagle zorientowal sie, ze tuz obok
stoi jego ostatnia deska ratunku, niespokojnie drepczacy w miejscu siwek.
Desperackim skokiem znalazl sie w siodle i spinajac konia ostrogami ruszyl
galopem wzdluz traktu. Lewa reka bezwladnie zwisala mu wzdluz kulbaki.
Przycisnal twarz do grzywy zwierzecia, rozpierala go bezkresna radosc i duma.
Pokazal tym rudzielcom gdzie raki zimuja.
- Vedrai. Enn'le! Spar'le!!! - doszly go nienawistne okrzyki. Niestety nie
rozumial ani slowa w Starszej Mowie.
Wysoki elf zastygl niczym kamienny posag, napinajac plynnym, szybkim ruchem
piekny kompozytowy luk. Jezdziec niknal w oddali wsrod unoszacych sie tumanow
kurzu. Seidhe mierzyl krotko aczkolwiek dokladnie. Spuscil cieciwe i w slad
za umykajacym piratem ruszyl nieuchronny zwiastun smierci. Elf zmruzyl oczy
i zgrabnym ruchem obrocil sie na piecie, jakby byl pewny swoich strzeleckich
umiejetnosci. Ciemnowlosy mezczyzna zwalil sie ciezko na ziemie, z otwartej
manierki woda powoli wyciekala na brudny, goracy piasek. Krasnoludy jeszcze
przez dluzsza chwile glosno debatowaly nad tym strzalem.
        Dookola szerokiego pniaka kucala grupka krasnoludow. Kazden z nich
mial bedaca chluba dluga brode zapleciona w grube warkocze. Na znak buntu.
Na znak protestu przeciw sytuacji w jakiej znajdowaly sie tysiace ich
pobratymcow, dumnego ludku, ktorego technika przewyzszala wszystko co mogli
wyobrazic sobie dh'oine. Pochmurnooki krasnolud zywa gestykulacja staral sie
wyluszczyc reszcie swoje racje. Co rusz ktorys kwitowal rozmowe niewybrednym
przeklenstwem, a gdy nie mial nic do powiedzenia siegal po nieodzownego
towarzysza, buklaczek z mocnym trunkiem. - Jako zywo powiadam wam ten dh'oine
byl ich zwiadowca, tera zas ida nam prosto w rece. Nieswiadomi, ida
przeznaczeniu na spotkanie! - z pasja kontynuowal Arron.
- Tedy tu siem na nich zasadzmy i niech poplynie rzeka krwi. - zapalil sie ktos
inny. Pochmurnooki prychnal jak kot - Tu na rozstajach za latwo im siem
przebic bydzie. - rzekl. - Trza ich glebiej do Shekhalu wciagnac. Tam zreszta
juz zmierza Legor z posilkami, jesli Grungni bedzie nam sprzyjal nikt zywy nie
ujdzie. - Ryzykowne, aczkolwiek moze siem udac, pomyslalem.
        Przygladalismy sie im z bezpiecznej odleglosci doskonale zamaskowani
wsrod naturalnych kryjowek jakie oferuje puszcza. Wyspiarze nie mieli jednak
ochoty na wejscie glebiej w objecia lasu, granica jaka wyznaczal zniesiony
przez nasze komanda stary oboz drwali wydawala sie w tym momencie nie do
przekroczenia. Arron zaklal szpetnie pod nosem, wzruszyl ramionami, po czym
wymowna gestykulacja dal nam do zrozumienia, ze nie damy piratom czekac.
Ruszylismy szybkim truchtem, pochyleni i bezglosni. Dopiero na pol strzelania
z luku rozleglo sie glosne hallakowanie. Coz to za dziwaczna zbieranina,
ocenilem przeciwnikow. Dh'oine, krasnoludzki najemnik z Mahakamu i jeden z tych
przerazajacych ogrow-wojownikow. Choc widzialem to juz tyle razy, za kazdym
razem fascynowalo mnie i troche przerazalo gdy wpadali w ten upiorny Bitewny
Szal. Arron ktory uderzyl pierwszy za cel obral sobie wlasnie tego
przerosnietego ogra. Choc walka toczyla sie juz ladna chwile, to jednak zadna
ze stron nie uzyskala znaczacej przewagi. Ogra zakutego w ciezkie zbroje ledwie
udalo nam sie pocharatac, Arron ktory rowniez przyjal kilka ciosow broczyl
nieznacznie krwia. Jakis bezprzykladowy akt brawury, czy tez niespodziewane
zajscie mogl przewazyc szale zwyciestwa. Tego dnia jednak to my mielismy
wszystkie asy w rekawie. Na flanke niczego nie spodziewajacych sie berserkerow
spadl jak grom z jasnego nieba Legor ze swoim oddzialkiem. Ogra i czlowieka
zarznelismy niemal na miejscu, zrezygnowanych i w swojej rezygnacji nie
majacych nadziei na ratunek. Beczkowaty krasnolud cofal sie obrzucajac nas
dzikim spojrzeniem. Zatoczyl swoim oburecznym toporem szeroki luk dajac do
zrozumienia, ze tanio skory nie sprzeda. Uslyszalem wlasny chrapliwy smiech.
Po tylu wspolnych walkach znalismy sie niemal na pamiec. Jakby na jakis
umowiony sygnal ruszylismy na niego z trzech stron. Kocimi ruchami wsrod
mlyncow i mylacych zwodow ktorych nikt nie bylby w stanie wystarczajaco szybko
rozszyfrowac. Uderzylismy jeden po drugim powalajac okrawionego pirata na
jedno kolano. Jakims nadzwyczajnym wysilkiem udalo mu sie powstac. Slaniajac
sie staral sie wycofac, jednak my nieustannie krazylismy wokol niego gotowi
zadac smiertelny cios. Legor aep Gal'anell, Doradca Komanda Scoia'tael


powstrzymal nas ruchem reki. Popatrzyl przenikliwie na pirata. - Stop! Nie
dobijajcie go. Niech uchodzi na swoje wyspy. Zaniesie jasne przeslanie dla
swojego Jarla, Scoia'tael nigdy nie zloza broni. Wszystkich wrogow Komanda
czeka w koncu tylko jeden los. Smierc! - powiedzial elf wbijajac obojetny
wzrok gdzies w dal. Wsparty na toporze patrzylem jeszcze przez chwile za
znikajacym najemnikiem.



                                        ***


 __
// \
||
\\_/zwarty dzien pory Lammas.



        Srebrne, kunsztowne kandelabry rozjasnialy duza sale jednej
z najwytworniejszych karczm Novigradu. Debowe, pieknie rzezbione stoly, nakryte
bialymi obrusami wrecz uginaly sie pod ciezarem przeroznego jadla i wyszukanych
trunkow. Wokol stolow trwala goraczkowa krzatanina, szaro odziani kelnerzy
obslugiwali gosci, co teraz objawialo sie juz tylko donoszeniem coraz to nowych
dzbanow wina. Ich wysilki koncentrowaly sie glownie na najwiekszym stole
umiejscowionym na niewielkim podniesieniu. Za owym stolem zasiedli co
szlachetniejsi, bogatsi i potezniejsi goscie. Byli to glownie znaczniejsi kupcy
z novigradzkiego cechu, paru srednio postawionych szlachcicow i co ciekawe
dwoch najemnikow z armii Jarla Skellige. Pono byli w dobrej komitywie
z gospodarzem biesiady. Gosci bylo wszak wiecej, lecz uwaga skupiala sie na
osobie zasiadajacej na honorowym miejscu. Owa osoba byl mezczyzna o wlosach 
przyproszonych siwizna, ktorego sylwetka i ruchy swiadczyly o tym, ze tutaj
on wydaje rozkazy i trzesie innymi wielmozami. Odziany w bogata szate, nie
nosil jednak przesadnej ilosci klejnotow. Dla orientujacych sie choc
troche w szlachetnych kamieniach nie bylo tajemnica, ze te kilka ktore zdobily
jego pierscienie bylo warte fortune. Byl to Ader, Mistrz Cechu Kupcow miasta
Novigradu, a zaproszeni tu goscie przybyli by uczcic jego urodziny. Czujac sie
niemal panami tego miasta i majac na uslugach tutejsza gwardie kupcy pewni
byli zupelnego bezpieczenstwa, co podzielali rowniez ich goscie. Nawet
przyzwyczajonym do wojskowego rygoru berserkerom udzielila sie ta atmosfera
rozluznienia. Jubilat zadzwonil lyzeczka w puchar dajac do zrozumienia, iz
zamierza wyglosic mowe. Gwar panujacy w sali umilknal, a oczy zgromadzonych
zwrocily sie w jego strone.
        Do sali wkroczylo bezglosnie kilka ubranych na szaro, zakapturzonych
postaci. Wykorzystujac fakt, iz uwage gosci pochlonal toast podeszli blizej.
Gdy dotarli do polowy sali zrzucili kaptury z glow, obnazyli klingi mieczy
i ostrza toporow, po czym z wscieklym rykiem rzucili sie w strone podwyzszenia.
Przygotowujacemu sie do przemowienia Mistrzowi Cechu slowa uwiezly w gardle,
pobladly wstal od stolu potracajac przy tym urodzinowy puchar, krwistoczerwone
wino zabarwilo snieznobialy obrus. - Straze, do mnie!! - wychrypial bez
przekonania. Odpowiedzial mu szyderczy smiech. Jakas upudrowana damulka
zemdlala i osunela sie na towarzysza po prawej stronie. Ten nie omieszkal
wykorzystac sytuacji badajac wrecz fantastyczne warunki jakimi obdarzyla ja
hojna natura. Wszyscy zebrani wytrzeszczali oczy ze zdumienia, nie bedac
w stanie wydusic z siebie zadnej innej reakcji. Scoia'tael w centrum Novigradu,
to nie chcialo sie pomiescic w ich ograniczonym horyzoncie pojmowania.
Wiewiorki mialy z gory ustalone cele. Uderzyli na zamurowanych ze zdumienia
piratow nie dajac im zadnych szans. Oszolomieni spora dawka alkoholu nie
zdolali sie nawet podniesc ze swoich miejsc. Scoia'tael znikneli rownie szybko
jak sie pojawili. O ich wizycie swiadczyly jedynie roztrzaskane czaszki dwoch
krasnoludow noszacych czarne berserkerskie pasy, szybko rosnace kaluze krwi
i kilka rozbitych dzbanow. Wino zmieszalo sie z krwia nadajac calej sytuacji
jakis przerazajacy, groteskowy wymiar.



                                        ***


 __
|--|
||_| 
||  ierwszy dzien pory Saovine, wraz z wigilia Swieta Zamierania.


        Saovine. Zamieranie, lecz jednoczesnie poczatek nowego roku.
Cos sie zaczyna, cos sie konczy. Magiczne swieto, gdy wszystkie ognie nalezy
zapalic od jednej smolnej szczapki, zachowac ja na Belletyn, by zapewnic sobie
powodzenie. Dzis zgodnie z tradycja wszystkie ogniska w obozie zaplona tym
swietym ogniem, lecz kolejnego Belletyn nie spedzimy juz razem, braknie kogos
najbardziej bliskiego.
Bezchmurne niebo koloru najczarniejszej smoly rozswietlaly swym cudownym
blaskiem niezliczone gwiazdy, wszystkie konstelacje o nazwach z pradawnych
elfich mitologii jasnialy tak jak kiedys niesmiertelni Bogowie i uniesieni
przez nich w przestworza dostojni pierworodni. Jak na te pore roku wieczor nie
byl wcale chlodny, lecz juz niedlugo mozna bylo sie spodziewac skuwajacych
wody mrozow.
- N'te va, ki'rin! Quess'aen? - wartownicy jak zawsze byli czujni, na szczescie
wpierw pytali, a dopiero pozniej naciagali cieciwy. - Caelm, essea'me -
wyszedlem z cienia, by mogli mnie rozpoznac.
- An'badraigh aen cuach! - skrzywil sie elf - Nie mozesz chodzic wyznaczonymi
sciezkami? Wzruszylem ramionami - Yea, squaess'me. Elf pokrecil wolno glowa.
Skierowalem sie w strone obozu, trzeba sie przygotowac do uroczystosci,
odswiezyc, zaplesc brode. A nade wszystko napic czegos mocniejszego,
usmiechnalem sie do wlasnych mysli.
        Spotkalismy sie przed namiotami, ktos zauwazyl, ze tworzymy piekna
krasnoludzka hanza, co wywolalo salwy smiechu. Skierowalismy sie w strone
polany na ktorej mialy sie odbyc uroczystosci, to miala byc niezapomniana noc.
Na miejscu zameldowalismy sie przed Dowodca, Konsulem i Doradca Yaevinem, ktory
to zajal sie organizacja obchodow Swieta Zamierania. Nie wszyscy jeszcze
zdarzyli sie stawic, wiec pomoglismy w przygotowaniach, ustawiajac wielkie
ogniska i taszczac beczulki pelne wina, koniaku i mocniejszych specjalow.
Wkrotce polana zapelnila sie wojownikami reprezentujacymi wszystkie Starsze
Rasy zamieszkujace kontynent. Irithian aep A'neander wzniosl w gore niewielka
pochodnie, potoczyl wzrokiem po twarzach wszystkich obecnych, po czym
symbolicznie zapalil glowny stos. Wkrotce jedno po drugim zaplonely wszystkie
ogniska, rozswietlajac cala polane, tak jak wkrotce Nasza Walka obejmie
wszystkie ziemie od Gor Sinych, az po brzegi wielkiego oceanu.
- Dzisiejszy dzien bedzie szczegolny dla Komanda. - powiedzial Yaevin de Frein
- Dzis w nasze szeregi wstapia nowi, gotowi do poswiecen wojownicy, lecz takze
opusci je ktos komu Scoia'tael zawdzieczaja tak wiele, ktos kto jest zywa
historia naszych walk. Jest to dzien radosci, a zarazem smutku. Zapamietajcie
go wszyscy dobrze. - kontynuowal Doradca. Na rece Konsula Komanda Scoia'tael
zlozono ostatni podarunek, piekny elfi kompozytowy luk - czterdziestofuntowke
z ktorej mozna bylo jedny strzalem z duzej odleglosci polozyc nawet
najwiekszego zwierza. Wszyscy zamilkli gdy Irithian wyglaszal swa pozegnalna
mowe. Przypomnial wszystkim jak dwiescie lat temu Aelirenn poderwala elfy do
walki, z zacisnietymi piesciami sluchalismy o zniszczeniu Shaerrawedd,
o opuszczeniu Dol Blathanna prawie sto lat temu, Doliny Kwiatow, ktora niewielu
z obecnych mialo szanse zobaczyc na wlasne oczy. Mowil o przyszlosci, o walce
i poswieceniach ktore nas czekaja, o tym, ze niewielu z nas dozyje dnia
w ktorym bedziemy sobie mogli powiedzec - Zwyciezylismy! - Ale moze dzieki
nam przyszle pokolenia beda zyly w godnosci i dobrobycie. Konczac odwrocil sie
w strone Yaevina - Oto jest ten ktory poprowadzi was do dalszej walki. Taka
jest moja wola. - powiedzial. Las zabrzmial glosnymi okrzykami i wiwatami
na czesc nowego Konsula. Z rozen zdjeto doskonale upieczona i przyprawiona pod
wprawnym okiem niziolkow dziczyzne, otwarto beczulki z aromatycznymi trunkami
i tak rozpoczelo sie dlugie ucztowanie. Starzy przyjaciele wspominali dawne
dzieje, toczone boje, zwyciestwa i okupione strata najblizszych odwroty przez
lesne gaszcze. Nikt sie nawet nie zorientowal, kiedy niebo poszarzalo i zaczelo
switac. Rozpoczynal sie nowy rok... Ciekawe czy bedzie lepszy od tych
poprzednich?



                                        ***



 __

// \\
|| __
\\_//dzies w puszczy Shekhal.
  --


        Nie dochodzily mnie zadne inne odglosy. Nic poza tym przerazajacym,
rytmicznym pulsowaniem. Rozpoczynalo sie gdzies gleboko wewnatrz, by
zogniskowac sie w glowie i znalezc ujscie przez uszy w ktorych huczalo mi
jakby kto toczyl beczki po niebie. Powoli otworzylem oczy. Przez dluzsza chwile
nie widzialem nic procz tanczacych ciemnych plam, potem jakies rozmazane
ksztalty stopniowo nabierajace ostrosci. Korony drzew.
Z gluchem steknieciem podzwignalem sie na lokciach. Rana brzucha nie byla na
szczescie tak powazna jak myslalem. Mimo iz na pierwszy rzut oka wygladala
nieciekawie. Pod rozerwana kolczuga ziala czarna dziura w ktora mozna bylo
wlozyc prawie cala dlon... nie, nie czulem bolu. To zasluga szoku. Znacznie
gorzej wygladala sprawa z lewa noga. W udzie tkwil zlamany belt. Delikatnie
obmacalem to miejsce reka. Odetchnalem. Zdawalo sie, ze kosc byla nie
naruszona. Ale i tak bylo zle. W zadnym wypadku nie moglo byc mowy
o samodzielnym poruszaniu sie. Rozejrzalem sie dooko a. Niewielki, gleboko
wciety parow poprzednio ocalil mi zycie, teraz jednak stal sie przeszkoda nie
do pokonania.
Oparlem glowe o pien drzewa i zatopilem sie w rozmyslaniach. Ostatnie kilka
miesiecy obfitowalo w niezliczone potyczki, lacznie z ewakuacja
i przeniesieniem obozu. Jakby nie dosc utarczek z regularnymi oddzialami
czterech krolestw i naszych akcji wymierzonych w ich czule miejsca, obliczonych
na paralizowanie komunikacji i handlu toczylismy wyczerpujaca wojne z piratami
ze Skellige. A teraz jeszcze to. Przekleci hav'caaren. Placili krocie tym
ktorzy godzil sie dla nich zabijac. Pozornie latwe pieniadze sciagnely
najemnikow ze wszystkich stron, czesto zwykle szumowiny. Najbardziej bolalo
mnie to, ze znajdowali sie wsrod krasnoludow tacy, ktorzy za zlote monety
byli gotowi walczyc przeciwko wlasnej rasie. Przeciw Starszym Rasom.
To zdrajcy, mowilem sobie. Ale i tak mysl o zabiciu ich byla mi wstretna.
Duvvelsheyss!! Przeklete pieniadze. Nic to, nikt nie moze nam przeszkodzic.
Dlatego, ze my walczymy za sprawe. Za Aelirenn i dla naszych potomkow...
        Nagle jakis ruch. Szelest po prawej stronie. Siegnalem po sztylet.
Znow ten przeklety szum w uszach. Zacisnalem dlon na rekojesci... to wiewiorka.
Mala ruda wiewiorka. Stanela na dwoch lapkach i spogladala na mnie z wysokosci
parowu. - Dalej mala... sprowadz pomoc, sprowadz inne wiewiorki! - zasmialem
sie chrapliwie. Wiewiorka zawinela bujnym ogonem i zniknela mi z oczu. Opadlem
na sciolke krztuszac sie. Jedyne co mi pozostalo to czekac, lecz teraz juz
bylem pewien, ze pomoc nadejdzie.



                                        ***



        Historie drugiej wojny z wyspiarzami skromnym okiem widziana spisal
                Gorath Aer'threani z kasztelu Saardgrack.